Będziesz miała miłość, jak jesienna burza!

prościej.się zrobiło.

bo wraca. ciało do miłości.serce do kochania.

wystarczy czasem trochę dłużej się skupić.

wysilić.

uważniej przyjrzeć.że ten ktoś jest cały czas obok.

i że warto. razem być.oddychać.przytulać.dyskutować.

i tańczyć tak mocno przyciskając usta pomalowane czerwoną pomadką w jego białą sztywną koszulę.

midnight lovers

bo nie było nic.

tak bardzo wartego uwiecznienia.

bo jak jest dobrze.to jest dobrze i kropka.

.

jest inaczej.mam sny.tak relanie pokomplikowane,że aż żal

walka imaginacji i trzeszczącej rzeczywistości

chwycił mnie za rękę w tym śnie.

ciepło.

chociaż to jesień.

 

chyba wróciłam.

pisać muszę.

o sobie. znów.

the less i know the better

im więcej myślę, tym mniej działam

patrzę na innych zamiast na siebie

powinnam rześko patrzeć w przyszłość a martwię się tym co było

rozmowy z babcią,spacer po lesie,bimber weselny i sukienka w grochy

tam daleko – uzmysłowiło mi,że nie pasuje tutaj czy tam

 (że nie muszę się dopasować !)

że mogę chcieć być tu i teraz

bo najważniejsze jednak jest co w sercu

all of this and nothing

mam jakieś chudsze palce.

bledszą duszę.

niby jest terapia.niby są ludzie.niby jest niebo na horyzoncie.

ale mnie nie ma. takiej jaką być bym chciała.beztroska.wypoczęta.pełna energii.

do działania.ruszania.biegu.kochania.

a tak nie mam nic. jak wypchany słomą.watą brudnoszarą.wypchany pajac.

chcę się uzależnić.od życia.

we can be heroes just for one day

David  odszedł.
odchodzę i ja.

od zmysłów swoich.

zamartwieniem się zajmuje.ciągłym niewiadomym przygnębieniem.

wącham klej i brudzę palce kredkami bambino.uciekam do świata prostych obrazów.

czuję się niepotrzebna.niewartościowana.smutna i sama.

mówią,że mam przecież wszystko.

tylko mnie jakoś mniej.

wszędzie.

I love you till the motherfucking very end

przyszedł w końcu ten czas

kiedy znów wydaję się ,że nic nie jest na swoim miejscu

że wszystko jest kanciaste, za duże, niepasujące

że nie ma nic.nic nie jest osiągnięte.że nie ma żadnych sukcesów.

tylko wypadające włosy,psujący się wzrok.

pojawia się znów agresja we mnie.

nienawidzę tego uczucia.

nienawidzę czasem siebie. za to co robię.

oszukuje

pobite gary

ja nie chcę

odpowiedzialności

send me on my way

wysłać w świat

komunikat,że jestem tu

że potrzebuje mniej i więcej

i że mam czasem dość i że czasem już nie mam siły

na zapalenie spojówek w biurowym kurzu

na codzienność która zwykłą jest

na niecodzienność weekendowa z której czerpię tak prostą radość

za krótko

na urlop wysłać muszę głowę , oczy i ręce

bo serce mam tylko niezmęczone

rzuć to wszystko co złe

przychodzi lato,

deszczowe z przebłyskami słońca,

gdzieś na sercu

bo nie zmienia się nic a wszystko jest inne

jest jakaś nadzieja,jest jakieś ciepło

czasami czuję ,że mogę wszystko

a czasem zupełnie nie chce mi się nic

jestem wdzięczna za lato

i za siebie

i za jego.bo jego najlepiej wie.

głupia ja

bo można prościej

wygrzałam twarz w słońcu

wytarzałam ciało w śniegu

opuściłam ręce, wymagania

spokojem nakarmiłam duszę,

nie wiem na jak długo wystarczy.

ale jest ciszej, spokojniej,

wiosna za rogiem.miłość.

ciepło i słońce.

i spokój.

że zawsze jakoś to będzie